sobota, 14 września 2013

Prace nad książką ;)

Jak zwykle muszę was przeprosić, że odcinki pojawiają się tak rzadko, mimo że obiecałam, że zaraz wezmę się za pisanie. Musicie jednak mnie zrozumieć:  to ostatnie dni moich wakacji. Niedługo zaczynam drugi rok studiów, a co za tym idzie, także praktyki (jestem na pedagogice wczesnoszkolnej i przedszkolnej, więc będę pracować z dziećmi). Ponadto, mam teraz dużo weny, którą wkładam w prace nad książką. Tak, dobrze czytacie. Planuję wydać powieść.
Już ładne trzy lata pracuję nad nią razem z siostrą. Książka będzie o tematyce fantasy, wiecie, rycerze, smoki i czarownice, na podstawie uniwersum gry Dragon Age. Jak kto zna grę to wie o czym mówię, jak kto nie zna, to niech się zapozna. Warto. I ja, i Tinek, i Wiolka gramy w to namiętnie, zakochani po uszy w bohaterach serii.
No, ale wracając do książki; Nazywa się Dziennik Podróży, a jej bohaterowie są wam znani z Szajbusów -to członkowie zespołu Ozza, mieszkający z nim i Alexem. Alex i Skaza też się pojawiają ;) Nakreślę wam troszku fabuły...

Kilkaset lat temu na świat jaki znamy wypełzła zaraza -Mroczny Pomiot (uniwersum Dragon Age) -stwory ciemności, których głównym celem było zniszczenie ludzkości. Przewodził nimi arcydemon w postaci smoka, gromadzący wokół siebie wszelkie plugastwo świata. Ale razem z demonami do świata przybyła magia -ludzie odkryli ją na nowo, gdy zawiodła nas elektryczność i technologia. Świat cofnął się w rozwoju aż do czasów epoki kamienia.



Jednak udało się pokonać Plagę i na kolejny wiek na świecie zapanował pokój. Ludzie znów się rozwijali, hołdując siłą natury. Powstał także zakon Białych Proroków -kapłanów potrafiących przewidywać losy świata (uniwersum książki Robin Hobb: Złocisty Błazen). W każdym pokoleniu mógł być tylko jeden Biały Prorok, charakteryzujący się białą skórą i oczami. Każdy Biały miał również swojego katalizatora; człowieka, który zmieniał przyszłość według tego, co widzi prorok. Bohatera.
Gdy Plaga po raz kolejny przybyła na ziemię, ludzkość była pewna, że to już koniec. Wtedy jednak świat obiegła przepowiednia, głoszona przez Chłopca (tak, to imię), Białego Proroka tamtych czasów. A brzmiała ona tak:
"(...) Trzynastego dnia zaś wstał Chłopiec i przemówił do strwożonych ludzi tymi oto słowy; Nie obawiajcie się, bracia moi. Widziałem bowiem zło groźniejsze i mroczniejsze niźli to, które nęka nasze ziemie. Widziałem czasy, gdy Mroczny Pan zejdzie na ziemię pod postacią człowieka i rozpocznie się ostatnia walka ludu. Lecz nie za mojego i nie za waszego życia do tego dojdzie.
Skrzyknął więc lud zdumiony; Co żeś widział Srebrzysty Promieniu?
I odrzekł im Chłopiec; Widziałem jak przez spalone mrocznym ogniem ziemie mknie Lew. Widziałem jego silną wolę i słyszałem jego ryk. Podrywał on lud do walki, gromił Pomiot Ciemności i gnał ku Panu Ciemności, by go pokonać. A był on wojownikiem wielkim, wielkie też moce go wspierały.
Przy jego boku trwał bowiem Biały Prorok, który widzieć nie potrafił. Zapanował on nad panującymi, a światło jego oślepiło Ciemność. Dosiadł więc jej, a ona i jej lud uznały jego Poświęcenie i uniosły na swych skrzydłach.
Widziałem zgnębione Słońce, które wiarę swą podarowało Lwu, oświetliło jego drogę i doprowadziło do zwycięstwa.
Widziałem także i Księżyc, błądzący w ciemności. Lew zapanuje nad nim, a wtedy lud odważny wspomoże go w wojnie.
I zapanuje Lew nad Gniewem, a Gniew nad Lwem. I zajaśnieje Gniew niczym ogień, choć blask jego zimny będzie, trawiąc wroga na drodze jego Pana.
A wtedy zgaśnie Pokój, a narodzi się Legenda. I będzie ona trwać, póki wszelkie Mroki tego świata nie odejdą w zapomnienie.
 A zdarzy się to dnia tysięcznego, gdy na ziemię spadną złote liście Wiecznych Lasów..."
No i tu przechodzimy do meritum, czyli właściwej historii.
Kolejna Plaga nachodzi na ziemię, to już trzecia. Ozz z rodu Lwa jest ostatnim żyjącym potomkiem legendarnego rodu wojowników, którzy pomogli powstrzymać Pierwszą Plagę. W czasie jednej z jego podróży pomioty napadają na jego rodzinną posiadłość, wycinając w pień cały ród i mieszkańców pobliskich wiosek. Wydawać by się mogło, że na Ozza czekają już tylko dogorywające zgliszcza, jednak okazuje się, że ktoś przeżył.
"-Nie spieszyło ci się, popaprańcu...
Spojrzał zdumiony w górę. Dym rozwiał się momentalnie, a jego oczom ukazała się znajoma postać, siedząca sobie spokojnie na jednej z ocalałych belek. Jej strój przesiąknięty był krwią, podobnie jak włosy, dlatego też przez chwilę nie był w stanie rozpoznać intruza. Zaraz jednak dostrzegł jego srebrzyste oczy i westchnął z ulgą.
-Alex..."
Alex jest sierotą, przygarniętą przez piastunkę Ozza. Wychowywał się razem z młodym paniczem, choć był raczej trudnym dzieckiem. Kradł, bił się i wyzywał wszystkich wokół. Ozz jednak bronił chłopca i ani myślał pozwolić na wygnanie go. Nawet, gdy okazało się, że chłopiec jest magiem (w tamtych czasach magowie musieli być pod stałą kontrolą, gdyż byli łatwą zdobyczą dla demonów. Wielu magów stanowiło śmiertelne zagrożenie). Szybko wyszło na jaw, że tylko Ozz jest w stanie zapanować nad białowłosym rozrabiaką.
Obaj chłopcy wyruszają w świat, by wspomagać ludzi w walce z pomiotem. Wkrótce dołącza do nich Lenora, czyli legendarna smocza wojowniczka, dzięki której udało się pokonać Drugą Plagę.
"-Dlaczego walczycie? Dlaczego poświęcacie życie dla potwora, takiego jak ja? -kobieta potrząsnęła głową z rozpaczą.
Spojrzałem na Ozza z wkurwem na ryju. Irytująca baba.
-Słodko, kotku, a teraz rusz dupę, bo musimy iść dalej.
Ozz zachichotał pod nosem.
-Przyda nam się ktoś, kto umie gotować -wzruszył ramionami."
Okazuje się bowiem, że ciało, w którym pojawił się tym razem arcydemon jest ciałem jej ukochanego, arcymistrza magii. Ona sama jednak postanawia usilnie, że nie będzie więcej walczyć. Przez kilka wieków swego życia bowiem, zdążyła już zmierzyć się z pomiotem niezliczoną ilość razy.
Po jakimś czasie ich śladem rusza Głupiec, kapłan Białych Proroków, chcący namówić smoczycę do wsparcia króla w walce z Pomiotem. Nie udaje mu się to, a po wielu konfrontacjach z pyskatym Alexem, postanawia dołączyć do wesołej gromadki, jako Słowik, bard o hipnotyzującym glosie i magicznych palcach. Zaczyna on powoli rozumieć, że jego zakon myli się, twierdząc że to Król Albionu jest bohaterem, który uratuje świat. Podejrzewa, że przepowiednia Chłopca dotyczy nie Białego Proroka i jego katalizatora, tylko całej drużyny odważnych czempionów.
"-Prawdziwi faceci żygają za rufę, ty nuriański dziwolągu! -naigrywali się dalej marynarze.
-Ach, to pewnie dlatego ta łajba tak cuchnie -Słowik nawet nie oderwał wzroku od rzeźbionego właśnie kawałka drewna. -A, nie, czekaj. To tylko odór spoconych bryłkojebców.
-Tyyyyy! -rosły osiłek aż zatrząsł się z gniewu. Rzucił się z rykiem w stronę złotowłosego, nagle jednak jego buty przykleiły się gruntu, przez co stracił równowagę i potężnie grzmotnął pyskiem w rufę statku. Słowik spokojnie zdmuchnął pył z niemal skończonej figurki.
-Uwaga, ślisko -Alex strząsnął resztki ognistego zaklęcia z dłoni."
Jego podejrzenia potwierdzają się, gdy cała drużyna trafia do Nurii, krainy skrzydlatych. Król człekopodobnych istot podejmuje ich u siebie, gdy ratują jego żołnierzy przed atakiem młodych smoków. Tu spotykają także Skazę (jeeeeeeej! :D), czyli królewskiego syna. Skaza jest pretendentem do królewskiego tronu, jednak podczas walki z nacierającym pomiotem okazuje się być magiem, na dodatek opętanym przez demona. Takie wykroczenie karane jest śmiercią, mimo iż Skaza twierdzi, że to on panuje nad swoim demonem, nie odwrotnie. Przed śmiercią ratuje go Alex, który bierze odpowiedzialność za kolegę po fachu. Ostatecznie jednak Skazie odcinają skrzydła, na znak wygnania.
"Skaza jako pierwszy objął wartę. Siedział w milczeniu, wpatrując się w ciemność. Nie poruszył się nawet, gdy Alex wypełzł z namiotu.
-Ściągaj koszulkę.
Obrócił się do niego, z uniesionymi brwiami.
-Twoje skrzydła. Trzeba to opatrzyć.
To go nieco zdziwiło. Czyżby ten dziwny, drugi mag, martwił się o niego? Posłusznie ściągnął górną część szaty, z trudem poruszając krótkimi kikutami po ważkowych skrzydłach."
Drużyna Ozza staje się powoli drużyną najemników, którzy za drobną opłatą gotowi są nieść pomoc tym uciśnionym i tym mniej. Jednym z ich najemców jest Danarius, mag z Tevinteru, który chce by udali się do jednej z jego posiadłości i odzyskali pewną ważną i cenną rzecz. Ku ich zdumieniu tą rzeczą okazuje się być elfi niewolnik, którego skórę pokrywają znaki z lyrium, kamienia magów (jedna z postaci z Dragon Age 2). Po krótkiej walce, Ozzowi udaje się przekonać Fenrisa, że nie chcą zrobić mu krzywdy i że oni także zostali oszukani przez Danariusa.
"I hate U all! I was a SLAVE!"

"Elf prychnął tylko ze złością.
-Nie jestem niewolnikiem!
Ozz położył mu łagodnie dłoń na ramieniu.
-Oczywiście, że nie, Fenrisie. Jesteś...
-Skrzatem -dopowiedział Alex, przechodząc obok spokojnie.
I cały nastrój szlag trafił."
Elf jednak towarzyszy im tylko przez krótki czas. Nie mogąc dogadać się z pyskatym Alexem, na dodatek magiem, postanawia sam ruszyć dalej, śladem swego byłego Pana. Spotykają go ponownie w Denerim (miasto z uniwersum Dragon Age 2, cała gra skupia się na tym miejscu), gdzie zostają wynajęci przez serah Hawke do odnalezienia magicznej tarczy.
Główna bohaterka 2 części gry

Hawke bardzo zależy na zdobyciu tarczy, jednak w ostatniej chwili Słowik odbiera jej artefakt. Okazuje się że starożytna broń to symbol władzy w Albionie, skąd pochodzi Słowik. Chłopak staje do walki z Hawke, decydując że zdobędzie tarczę i odda swojemu królowi (który okazuje się być też jego dobrym przyjacielem). Udaje mu się to, choć odnosi przy okazji ciężkie rany. Kobieta jednak nie poddaje się tak łatwo. Zawiązuje pakt z Danariusem, pomagając mu w dorwaniu cennego elfa, w zamian za pomoc w odbiciu tarczy.
"-Przyszłam po tarczę!! -ryknęła, choć w jej głosie można było posłyszeć zwątpienie.
-Och, służę uprzejmie! -Słowik wykonał pijacki piruet na stole, po czym czknął i wypiął się w stronę kobiety, zsuwając portki. -Oto moja tarcza! Ładna? Rano polerowałem...
Kobieta spłonęła rumieńcem wściekłości i wstydu.
-Daj spokój, Hawke -Varric podszedł do niej ze śmiechem. -Po kiego grzyba ci taka stara i brzydka tarcza?
-EJ! -obruszył się Słowik.
-Mówiłem o tej drugiej tarczy, ptaszyno..."

Varric, czyli najseksowniejszy krasnolud ever <3

Wspólnymi siłami udaje im się pokonać i Danariusa, i Hawke, czym zdobywają uznanie Fenrisa. Ostatecznie elf odpływa z nimi. Za namową Słowika postanawiają udać się do Albionu, by zwrócić królowi tarczę. Gdy jednak wchodzą do stolicy, okazuje się, że miasto szykuję się do wojny. Król Raphael zbiera wszelkie siły, by móc odeprzeć atak pomiotów, który ma nastąpić w nocy (cała walka jest wzorowana na Tolkienowskich Dwóch Wieżach i bitwie pod Helmowym Jarem. Sam Raphael jest moim wyobrażeniem postaci Aragorna). Dochodzi do kłótni między nim a Słowikiem, który pragnie przetłumaczyć Starszyźnie, że to nie Raphael jest Katalizatorem, który ocali świat, a Ozz. Raphael jednak postanawia dalej grać rolę bohatera ludu, nawet jeśli miałoby to tylko uspokoić jego przerażony lud.
W końcu jednak wychodzi na jaw, że to Słowik miał rację. Wtedy jednak jest już za późno.
"-Kim więc jestem?! -Raphael przerwał im, wstając gniewnie. Podszedł do Słowika szybkim krokiem. -Powiedziano mi, że jestem ostatnią nadzieją ludu. Że jestem ich królem i bohaterem. Czy to wszystko kłamstwo? Jaką więc rolę mam odegrać w tym wszystkim? Kim według ciebie jestem, Złocisty Głupcze?
Słowik nie wahał się nawet chwili z odpowiedzią.
-Przyjacielem."

Nie powiem wam jednak jak to się skończy ;) To tylko kilka z początkowych rozdziałów, które napisałam do tej pory. Ostatnio dorwałam dodatek do Dragon Age, w który teraz gram, dzięki czemu moja wena rośnie wprost proporcjonalnie do godzin poświęcanych na grę. Bardzo chciałabym znaleźć dość czasu by skończyć choć połowę książki przed Bożym Narodzeniem -chciałabym podarować wersję drukowaną mojej siostrze, z którą tworzę historię Alexa i Ozza.
Powiedzcie, co myślicie na temat fabuły? Może macie jakieś pomysły czy uwagi? A może ktoś już miałby ochotę na lekturę? ;)

poniedziałek, 2 września 2013

20. Skaza (Alex)

Miałam tego nie wrzucać, ale wrzucę ^^ Oto kilka fragmentów opisujących skomplikowane relacje Alex-Skaza. Nie będzie tu opisanej samej sceny sexu, ale też i nie wszystko zostało ocenzurowane.
JEŚLI NIE LUBISZ YAOI (ZWIĄZKI MĘSKO-MĘSKIE) NIE CZYTAJ!
Te fragmenty nie mają jakiegoś konkretnego wpływu na akcję Szajbusów, są po prostu chorym wymysłem przepracowanego mózgu autorki ;)
Jest to też drobna rekompensata, bo wciąż nie skończyłam nowego rozdziału -będzie długi i fajny :)

Godność: William Dust -powszechnie zwany Skazą,
Wiek: 21 lat,
Zawód: Poszukiwacz skarbów/Archeolog/Treser magicznych stworzeń,
Ulubione danie: Czekolada,
Ulubiony kolor: Czarny,
Słabość: Koty/Alex.


Odkąd Ozz przygarnął Raphaela, w domu zrobiło się jakoś tłoczniej. Musiałem przenieść się do pokoju Skazy, żeby księciulo miał gdzie mieszkać. Początkowo Ozz zaproponował mi pokój Słowika, ale stanowczo odmówiłem. Gościu może i jest w porządku, ale ma na biurku więcej kosmetyków, niż niejedna panna. W końcu więc doszło do tego, że wyrąbałem Skazę na ziemię, wcześniej zajmując oba łóżka, biurko i szafę.
W nasz pierwszy raz zaplanowaliśmy wszystko dokładnie, już na kilka tygodni nim mieliśmy wolną chatę. Ozz i Raph wyleźli do roboty, a Lenora zabrała Słowika na zakupy do Paryża. Wszyscy mieli wrócić dopiero pod wieczór, postanowiliśmy więc jak najlepiej wykorzystać ten czas.
Gorzej, że obaj nie mieliśmy zielonego pojęcia o tym co robić.
-Zdejmij koszulkę -mruknąłem w końcu, po dłuższej chwili siedzenia i milczenia.
Skaza spełnił polecenie natychmiast.
1 ciekawostka o Skazie: idealnie idzie mu wykonywanie poleceń.
Znowu chwilę siedzieliśmy w ciszy. Skaza niczego mi nie ułatwiał, po prostu się na mnie gapiąc tymi swoimi błękitnymi oczyskami.
-Boisz się? -zapytał w pewnej chwili.
Nie, no! Ta zniewaga, to, kurwa, krwi wymaga!
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem skóry na jego barku. Była ciepła. Ten fakt tak mnie zaskoczył, że niemal cofnąłem rękę. Zamiast tego jednak, mocno zacisnąłem palce na jego skórze, drapiąc ją głęboko.
-Jak to jest? -spytałem cicho, przesuwając palce w dół, na jego pierś. -Nie czuć bólu?
Nie odrywał wzroku od mojej twarzy.
-Nie wiem -wzruszył lekko ramionami. -Normalnie.
Prychnąłem tylko.
-A ból psychiczny? Jego też nie czujesz?
-Co masz na myśli?
Zatrzymałem dłoń na jego brzuchu, pozostawiając czerwone pręgi biegnące prosto przez klatkę piersiową.
-Smutek -spojrzałem mu w oczy. -Bezradność. Samotność. Gnie...
Nie dokończyłem, bo nagle chwycił mnie za dłoń, odchylając mocno do tyłu. Upadłem plecami na łóżko, a on pochylił nade mną, wciąż trzymając za rękę.
-Zamknij się -poradził spokojnie. -Tak na kwadrans.
Zmrużyłem oczy, próbując zapanować nad reakcją ciała. Pochylił się nade mną jeszcze niżej, aż poczułem ciepło emanujące z jego ciała.
Nasze usta zetknęły się powoli. To nawet nie był prawdziwy pocałunek. Po prostu wbijał wzrok głęboko w moje oczy, lekko muskając wargami moje usta. Zdałem sobie sprawę, że wstrzymuję oddech, więc szybko obróciłem głowę i odetchnąłem nerwowo.
-Przestań się wydurniać, głupku! -ofuknąłem go, a potem drgnąłem.
Usta Skazy zwiedzały właśnie okolice mojej szyi, pieszcząc ją i drażniąc zębami. Odetchnąłem głęboko, zaciskając dłonie na jego plecach. Znów spojrzał mi w oczy.
Tym razem pocałunek był dłuższy, intensywniejszy.
-Czujesz?
Skaza otoczył mnie ramionami w pasie, znowu przesuwając ustami po mojej szyi i obojczykach. Odchyliłem głowę do tyłu, zagryzając usta. Każde z miejsc, które dotykał promieniowało teraz ciepłem, rozchodzącym się na całe ciało, po czym skupiające w jednym miejscu.
TAM.
Mocniej mnie do siebie przygarnął, jednocześnie rozdzielając mi uda kolanem. Zagryzłem zęby na jego ramieniu, żeby z moich ust nie wydobył się żaden jęk. Wiedziałem, że ludzi coś musi ciągnąć do seksu, ale że niby jest tak intensywny?
Niedobrze.
Nie byłem w stanie normalnie myśleć, gdy jego dłoń sunęła po dole mojego brzucha, by w końcu spocząć..
TAM.
-Musimy się rozebrać -oczy drania pozostały spokojne, ale oddech miał przyspieszony.
Skinąłem szybko głową. Chwila przerwy, dzięki której znów mogę zapanować nad swoim ciałem i rozumem.
Mimo wszystko, zdejmując spodnie, poczułem zawstydzenie. Gorące pocałunki Skazy nie były obojętne dla mojego ciała i teraz, u dołu brzucha miałem twardy, zawstydzający..
Pożar.
-Mogę ci skrzywdzić.
Obróciłem się zaskoczony.
Skaza też był nagi.
Blizny mocno odcinały się mleczną bielą od jego ciemnej skóry. Miałem ochotę dotknąć ich, prześledzić każdą z ich dróg, wyżłobionych na muskularnym ciele. Dostrzegłem zarys tatuażu na jego plecach -skrzydeł ważki, oplatających jego ciało, niczym prawdziwe, zwinięte skrzydła.
2 ciekawostka o Skazie: lubi tatuaże i wszystko, co normalnemu człowiekowi sprawiłoby ból.
-Gówno prawda -prychnąłem tylko, odrzucając spodnie w kąt.
-Nie będę mógł nad sobą zapanować -ciągnął.
-Super. Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki, cudnie -znowu zatopiłem pazury w jego ramieniu. -Nie prosiłem o konsultacje. Po prostu to zrób.
Wzruszył ramionami.
-Tylko potem nie płacz.



Obudził mnie w nocy, gdy całe ciało bolało mnie niemiłosiernie, po naszych szaleństwach. Nie byłem w stanie nawet się obrócić, bo tak mocno mnie przytrzymywał. Przyciskał mnie do siebie i trząsł się jakby z zimna.
3 ciekawostka o Skazie: Boi się pustki.
-Ej, Skaza! -zdołałem wysapać, szarpiąc się niemrawo.
Dłuższą chwilę walczyłem z jego dłońmi, ignorując ból całego ciała. W końcu udało mi się obrócić na plecy, twarzą w twarz z psychopatą.
Pierwszy raz zobaczyłem pustkę.
W jego oczach nie było rozpaczy czy strachu. Były puste. Tak bardzo, że nie byłem w stanie dłużej w nie patrzeć, ale jednocześnie nie mogłem odwrócić wzroku. To tak jakbym zatracał się w tej pustce, jakby pochłaniała mnie kawałek po kawałku.
-Nie odchodź.
Prośba była tak absurdalna, że musiała zwrócić moją uwagę. Gwałtownie otrząsnąłem się z szoku.
Skaza wtulił twarz w moje włosy, dalej drżąc na całym ciele. Zdzieliłem go po głowie wolną ręką.
-Uspokój się trochę, debilu!!!
Poluźnił trochę uścisk, ale i tak mnie nie puścił. W końcu przestałem wierzgać. Facet i tak był niemal dwa razy większy ode mnie. Mocniej nakryłem nas kołdrą i wsunąłem dłoń w jego krótkie włosy, gładząc je cierpliwie, póki dreszcze nie ustały.
-Ja nic nie czuję -jego głos był przytłumiony przez moje wszędobylskie białe kłaki. -Ja nie żyję.
I dalej w ten deseń. W końcu wkurwiłem się i pociągnąłem jego głowę w tył, za włosy, żeby w końcu móc spojrzeć mu w twarz. Tym razem wytrzymałem te jego puste spojrzenie, nie odwracając wzroku.
-Zamknij tę jebaną gębę, albo ci tak przypieprzę, że naprawdę umrzesz -warknąłem wściekle. -Jak masz problem z życiem to go rozwiąż, głupi pedale, a nie, ryczysz jak dziecko. Najłatwiej tak, nie? Poddać się od razu, po co walczyć?
Spoglądał na mnie ze spokojem. Bez bólu, bez strachu.
Cicha droga od punktu "a" do punktu "b". Od urodzin do śmierci. Twoja jedyna droga. A ty jej nie czujesz, zupełnie przelatuje ci przez ręce. Bez bólu.
-Nauczę cię żyć -zdecydowałem w końcu.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Puściłem jego włosy i zaliczyłem fejspalm.
-No, nie gab się tak, idioto! -warknąłem na niego. -Przecież to chyba jasne, że jak sam sobie z czymś nie radzisz, to ja ci pomogę, nie? A jak razem nie damy rady, to zatrudnimy kogoś jeszcze.
Jeszcze chwilę gapił się na mnie, zdumiony, a w końcu pochylił się i znów przycisnął mnie do siebie. Nastroszyłem się wściekle ale przy jego masie i odporności na ból, znów niewiele mogłem poradzić.
4 ciekawostka o Skazie: Mimo, że jest wielki zwykle zachowuje się jak dziecko.

Ziewnąłem szeroko, przecierając oczy. Litery skakały mi przed oczami ze zmęczenia. Kończyłem wypisywać już 27 list z rzędu, a i tak przede mną wciąż piętrzyły się papieżyska.
Skaza spał obok, z głową wtuloną między moje brzydkie, odstające łopatki i ramionami oplecionymi wokół mojego brzucha.
5 ciekawostka o Skazie: To straszny śpioch.
Wcale mi nie pomagał, śliniąc mi plecy i pochrapując cicho, ale nie mogłem pozbyć się jednej natrętnej myśli.
To miłe.
Kopnięciem posłałem drania na podłogę. Niedoczekanie!
Przecież się w takim dupku nie zakocham, prawda?!
Prawda?!
6 ciekawostka o Skazie:  Jest jedyną osobą, którą potrafię kochać.



A wy? Lubicie Skazę? ^^

ROZWIĄZANIA KONKURSÓW!!!!

I w końcu nadszedł ten moment, gdy siadam przed komputerem z zamiarem wybrania dwóch najlepszych prac konkursowych. Dwóch, ponieważ  nikt nie przysłał pracy na konkurs pisemny. To nic, damy radę i bez prac pisemnych. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszył się konkurs na logo. Oto niektóre z nadesłanych przez was prac (Te, na które udostępnienie dostałam zgodę:

* Karolina z Łodzi:
* Ania z Koszalina (moja miejscówa, zaprosiłam już Anię na gorącą czekoladę i osobiście wręczę jej gwarantowaną nagrodę ;)

Wszystkie prace bardzo mi się podobały. Szczególnie te wykonane odręcznie ;) Jednak ta jedna praca wbiła mnie w podłogę swoją prostotą. Brawo dla Joanny Vassalord z Krakowa za bardzo Potterową wersję logo! Joanna wygrywa dziennik szajbusów, ze szkicami, notatkami do rozdziałów i naklejkami!
Taka prosta praca, a taka fajna :D


Co do konkursu artystycznego -wielu z was już na wstępie rezygnowało z udziału, twierdząc, że nie umiecie rysować. Cały czas wmawiałam wam, że wcale nie trzeba być wielkim artystą, liczy się sam pomysł, a i tak doszły do mnie ledwie trzy prace. Kasia z Dąbrowy również nie wierzyła w swój talent, postanowiła jednak wziąć udział, wysyłając nie swoje prace, a profesjonalnie obrobione rysunki, znalezione na internecie. Oto jej prace:
Na początek mamy Huncwotów na starej fotografii -niestety, nie ruszają się ;(


A tutaj Angie, w genialnym wydaniu. Śmieszne, bo to same zdjęcie (jeszcze przed obróbką) jest na koszulce, którą wygrała Kasia.
A to moja ulubiona praca, która ostatecznie przesądziła o wygranej -rodzice Nevilla na starej fotografii. Bardzo nastrojowe!

Gratuluję obu zwyciężczynią! Zaraz idę wysłać paczki z nagrodami. Każda nadesłana praca zostanie nagrodzona dodatkowo! Każdy z uczestników otrzyma paczkę z:
-listem od Szajbusów,
-buteleczką Felix Felicis,
-różdżką! ;)
-magnesem na lodówkę z szajbusami,
-przypinką z wybranym szajbusem,
-moim bazgrołem, czyt. rysunkiem.
A co! Tak trudno było wysłać pracę? ;) Nagrody są naprawdę świetne, a przecież wystarczyło zrobić tak niewiele... Może na następnym konkursie będzie większa frekwencja?

środa, 21 sierpnia 2013

19.Alex

Słowo wstępu będzie dość długie, przepraszam. Chodzi o to, że caaaały ten rozdział będzie poświęcony Alexowi -jego przeszłości i relacjom z bliskimi. Dowiecie się stąd całej masy nowych rzeczy, zrozumiecie, że kilka przypadków wcale nie było przypadkowych, a Alex oprócz bycia sadystą może się również pochwalić swoim geniuszem.
Myślę, że wielu z was może nie polubić tego "nowego" Alexa. Ale właśnie na tym polega jego fenomen -można go kochać albo nienawidzić. I zanim mnie nakrzyczycie za to co zrobiłam; to nie ja, to on. Alex sam siedzi w mojej głowie, sam decyduje o tym jak ma przebiegać jego historia. Nawet jeśli czasem się waham nad inną możliwością przeprowadzenia akcji, on i tak doprowadzi do swojej wersji. Myślę, że zrozumieją mnie jedynie nieliczne osoby, które splotły swoją historię z historią swojego bohatera.
Alex narodził się w mojej głowie ładnych kilka lat temu. Miałam wtedy ogromne problemy sama ze sobą, a on symbolizował wszystkie moje złe strony -leniwy, mały i złośliwy. Ale potem stawał się coraz silniejszy. Przestał być czarnowłosym emo, a stał się albinosem. Stał się symbolem złości -złości na samą siebie. Był moim trenerem -złośliwym, sadystycznym i niemożliwie wręcz wiernym. Kiedyś pozwalałam innym pomiatać sobą, byłam pełna żalu. Chowałam się w cieniu innych, pozwalając by brali na siebie moje zasługi. Gniew Alexa dodał mi sił, by wyjść z cienia, by się sprzeciwić -innym i samej sobie. Stał się wyjątkowy.
Miałam okropny kłopot z pewną kwestią. Mianowicie; ze Skazą. Jego i Alexa łączy szczególna więź. Są od siebie uniezależnieni (jestem w trakcie rysowania komiksu na ten temat :) Skaza nie potrafi odczuwać fizycznego bólu, co wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Przez lata wyzbywał się wszelkich emocji -smutku, radości, gniewu. Wyobrażacie sobie takie życie? Ba, to nawet nie jest życie, to pusta egzystencja, zmierzanie od punktu A do punktu B. Współżycie z kimś takim jest okropnie trudne. Dlatego też wszyscy traktowali go uprzejmie, ale nigdy nie próbowali się do niego zbliżyć. I nagle pojawia się taki Alex -sadysta, masochista i psychopata. On wymusił na Skazie życie. Wsadził mu je głęboko w jelita razem ze swoją popapraną psyche. Potrzebował Skazy, żeby móc się do kogoś zbliżyć, jednocześnie nie bojąc się, że go skrzywdzi.
Tylko, że cały mój problem polega na ich aseksualności -tak, dzieci, będę mówić o seksie. Obaj są aseksualni -nie lubią seksu. Ale jak każdemu, czasami szaleję im hormony. I tak, Alex i Skaza sypiają ze sobą. Bardzo się wahałam przed wprowadzeniem tego wątku, szczególnie, że większość naszych czytelników jest nieletnia i zdecydowanie woli parringi hetero.
Ale, jak już mówiłam, Alx rządzi się sam, więc i fragment "extra" powstał, ma się dobrze i nie zostanie wrzucony na bloga. Jeśli ktoś chciałby go przeczytać, niech da znać w komentarzu lub wyśle sowę na maila ;)

Z mojego miejsca chciałabym zadedykować ten post kilku osobą:
-Magdzie Kurek, która zainspirowała mnie na fanpage'u do napisania tego specjala -dzięki tobie, słonko, przypomniałam sobie jak ważny jest dla mnie ten wymyślony świat,
-siostrze-bliźniaczce, której to główną postacią jest Felix Ozzmowski, który zaadoptował Alexa, dał mu ciepło i papierosy,
-Hermionie, która jest z nami już bardzo długo, komentuje posty, udziela się i jednocześnie jest moją dyrektorką w WESZ -pilnuje, żebym się udzielała ;)
-młodszej siostrzyczce, która bardzo mi przypomina mnie, gdy byłam w jej wieku -Musisz bardziej uwierzyć w siebie, słonko.
-No i oczywiście: Wiolce-Psycholce, autorce Lu i Al'a, bez której pewnie już dawno przestałabym pisać. Nie ma chyba osoby bardziej nakręconej na szajbusów niż ona.

Przeniesienie Skazy do Egiptu było równie genialne co kłopotliwe. Szczególnie teraz, gdy koniec roku zbliżał się wielkimi krokami, a za niecałe dwa tygodnie zaczynały się pierwsze egzaminy. Zwykle całkowicie skupiałem uwagę na życiu w Hogwarcie, to Skaza i Ozz zajmowali się moją pocztą, czy kontaktami. Tyle, że Ozz miał teraz własne problemy na głowie, a przydupas poleciał do ciepłych krajów, grzebać mumiom pod bandażami. Teraz więc moja poczta była przekierowywana do Hogwartu. O tyle dobrego, że Lenora grupowała listy według krajów i wysyłała po kilka jedną sową.
Mimo wszystko, i tak, niemal codziennie przylatywało do mnie przynajmniej z pięć ptaków. Nie żebym miał coś do ptaków, ale, kurwa, ile można?
Oczywiście, mimo mojego naiwnego życzenia, reszta mniej lub bardziej ludzkiej części szkoły również zauważyło, że młody pan Regardens cierpi na nadmiar ptaków.
Sów, kurwa, sów.
-No, proszę, proszę -Prawie Bezgłowy Ciamajda zachichotał dobrotliwie, latając wokół jak smród po gaciach Malfoya. -Czyżby to były listy od fanek?
Wbiłem udręczone spojrzenie w swój talerz, jakby to on był temu winien, że otaczają mnie idioci.
-Chodzi o tę pomoc, co dyrektor nam kazał odwalać -burknąłem niechętnie.
-Jaką pomoc?
Zakląłem pod nosem we wszystkich znanych mi językach, wyłączając wcześniej angielski.
Potem zebrałem siły.
Zebrałem ich jeszcze więcej.
No i jeszcze troszeczkę..
I w końcu wyrzuciłem z siebie, jednym tchem.
-Szajbusi.
Jestem pewien, że to Potter wymyślił tę kretyńską nazwę. Kurwa, ujebię dziada, że go nawet jego kochany Syriusz nie pozna.
-Ach! O to ci chodziło! -Nick zaśmiał się rubasznie. -Rozumiem, rozumiem. Poszerzyliście grono swoich usług o pomoc listowną? Bardzo szlachetnie, Aleksandrze, bardzo.
Al i Angie wymienili spojrzenia, ale siedzieli cicho. I za to sobie ich cenię. I tak są idiotami jak wszyscy wokół, ale przynajmniej się słuchają.
-Tak. Dziękuję -mruknąłem, szybko chowając listy do torby.
Nie dość szybko. Angie złapała jedną z kopert i przyjrzała jej się uważnie.
-Z Danii -gwizdnęła z podziwem, ale zaraz zmarszczyła brwi. -Kim jest Ana?

-Kim jest Ana? -morda Felka ukazała się w lustrze, jakieś dwa metry ponad moją.
Obróciłem się gwałtownie, obśliniając się i plując pastą do zębów.
-GAWAJ FO! -ryknąłem, rzucając się w stronę drania.
Trafiłem w futrynę.
Ozz uniósł list ponad głowę, z wrednym uśmieszkiem.
-Synek, plujesz mi na kafelki. Wiesz, że pasta do zębów zawiera chlor? Wypali mi białe plamy i będę musiał robić remont.
-Ta -ostentacyjnie splunąłem pianą na kawowe kafelki. -Życiowe problemy starego pryka.
-Lwa, białasku, lwa -Ozz niezbyt przejął się zaczepką. -Czy ty nie powinieneś się mnie słuchać?... O, schowaj tego palca, synek, bo sobie przez przypadek oko wydłubiesz. Kurator zrzuci wszystko na mnie i cię zabiorą spowrotem do bidula.
Wywróciłem oczami.
-Czy możesz mi dać te pierdolone listy? -mruknąłem wolno i wyraźnie.
-Olek, gówniarzu, co to za słownictwo?
-NIE MÓW DO MNIE OLEK!!!!
-Już, już, nie krzycz -tym razem do Felek wywrócił oczami. -Rany, za stary jestem na dzieci.
-Nie jestem dzieckiem, kretynie..
-..powiedział dziesięciolatek. No, to co to za Ana? Koleżanka z bidula?
-Ja nie mam kolegów -burknąłem ze złością. -To mój kontakt.
Ozz uniósł brwi.
-Kontakt? -zagwizdał z podziwem.
-A ty co? Papuga? Przecież mówię, że kontakt. Agent. Szpieg. Zwiadowca. Przydupas w formie damskiej.
-Synek, po co ci szpiedzy? Chcesz napaść na fabrykę czekolady?
Zastanowiłem się chwilę.
-To potem -mruknąłem. -Najpierw zostanę najpotężniejszym magiem.
-Więc wszystkie te listy -Ozz wyciągnął z kieszeni bluzy pomięty plik kopert. -Są od twoich agentów?
-Tak -wyciągnąłem rękę. -To dzieciaki z sierocińca, jeśli już musisz wiedzieć. Niektóre z nich mają kontakt z wysoko ustawionymi rodzinami. Nawet za granicą.
W końcu oddał mi koperty. Natychmiast przeleciałem wzrokiem adresy nadawców.
-Odkąd u mnie zamieszkałeś, przyszło chyba z tysiąc listów. I pocztą mugolską i przez sowy -Ozz podrapał się w brodę. -Ilu masz tych swoich szpiegów?
-Około setki póki co -skrzywiłem się nieznacznie. -Ale każdy przygotowuje inne dzieciaki w swoim pobliżu do werbunku. Pod koniec roku powinienem dobić do dwustu.
-Normalne dzieciaki zbierają karty z Dragon Balla, synek.
-Ta. Normalne.
-Nie masz jakiegoś innego marzenia?
-Marzenia są dla głupców i starych pryków -prychnąłem. -To sny, których nigdy się nie osiągnie. Ja mam cel. I dlatego te bachory się mnie słuchają. Bo wierzą w ten cel.
Brat spojrzał na mnie z pobłażaniem ale i czymś jeszcze. Obrócił się.
-Strasznie dużo do zapamiętania. Przyjdź wieczorem to zrzucimy wszystkie dane na jakąś kartę pamięci. Będziesz mógł ją gdzieś schować, żeby nikt nie dorwał tych twoich kontaktów -zatrzymał się w drzwiach. -A tak w ogóle to co im obiecałeś, gówniarzu?
-Miejsce, w którym nikt nie zostanie pominięty.



-Nikt nie zostanie pominięty -Lenora sprawnie podrzuciła mięso na patelni. -W Hogwarcie mają specjalną książkę, gdzie automatycznie zapisują się przyszli czarodzieje. Z każdym rokiem na podstawie tej księgi tworzą listę adeptów pierwszego roku. Jeśli jesteś czarodziejem to niedługo dostaniesz list, mogę cię zapewnić.
Ta, jeśli jesteś czarodziejem.
Podłubałem łyżką w swojej owsiance, rzucając ponure spojrzenie na obecnych przy stole. Skaza dostał list z Durmustangu już tydzień wcześniej, z całą listą podręczników i przypomnieniem, że to jego ostatni rok nauki. Lenora i Ozz byli za starzy na szkołę, ale za to Słowik też dostał już list z Beauxebatos. Był tak wyperfumowany, że po pięciu minutach wyjebałem go za okno. Po kolejnych pięciu, do listu dołączył sam Słowik, który wbrew swemu imieniu wył mi irytująco nad uchem. Mimo, że sześć lat starszy wciąż zachowywał się jak bachor. Normalnie, gorzej ode mnie.
-Nie rób takiej miny, synek -Ozz jawnie sprzeciwiał się zakazowi palenia przy stole. -Jak chcesz to się jutro wybierzemy na Pokątną. Pójdziesz do Olivandera i sobie trochę pomachasz różdżkami.
-A co jak nie jestem czarodziejem? -prychnąłem w końcu głośno.
Przy stole zaległa cisza.
-Kotku, na pewno jesteś -Lenora spojrzała na mnie ze współczuciem. -No, nie wiem... Może twój list się zgubił? Albo ktoś się pomylił. Wiesz, powinieneś iść do Durmustangu, jeśli chodzi o region zamieszkania..
-Z Durmustangu też nie przyszedł list -burknąłem w odpowiedzi.
Lenora otworzyła usta, ale najwyraźniej skończyły jej się argumenty, bo po chwili zerknęła bezradna na Ozza. Ten tylko zaciągnął się spokojnie.
-Jesteś magiem, synek. Zwykły mugol nie mógłby być tak wybitnie irytujący.
-Spierdalaj!
-Alex!

Następnego dnia wlazłem z Ozzem do kominka i po raz pierwszy odbyłem podróż za pomocą proszka Fiuu. Ogólnie, chyba wiem, skąd wzięła się nazwa dla tego kretyństwa.
-Fiu, to koniec -odetchnąłem, gdy w końcu znowu twardo stąpałem po ziemi.
Ozz tylko zachichotał.
-Przyzwyczaisz się -poklepał mnie po plecach, tak, że omal nie upadłem na kolana. -No, chodź. Szybko znajdziemy ci jakiś badyl i wstąpimy do Dziurawego Kotła.
Mój niepokój względem ciągłej nieobecności listu z Hogwartu pogłębił się, gdy weszliśmy na Pokątną. Ulica pełna była ludzi. Wszędzie pałętały się dzieciaki, dźwigające ciężkie książki, kociołki i inne klamoty. No i listy.
Ozz nie skomentował, gdy odruchowo chwyciłem go za rękaw. Czułem zimny dreszcz przebiegający po karku. Pominęli mnie. Pominęli mnie.
-Tu jest Olivander -brat wydawał się całkowicie beztroski. Otworzył drzwi do jednego ze sklepów i wpuścił mnie do środka. -Jest najlepszy, proszę szefa.
Znaleźliśmy się w niewielkim, zakurzonym pomieszczeniu, gdzie wszelką możliwą przestrzeń zajmowały podłużne pudełeczka. Leżały na regałach, stołach i gablotkach. Wpatrywałem się w nie ze strachem. Cholera, bałem się.
-Dzień dobry -zza jednego z regałów wyczłapał starszy facet. Zerknął na mnie pochmurnie. -Pierwszoroczny, tak? Proszę wyciągnąć dłoń.
Zerknąłem na Ozza, jakby chcąc się upewnić, czy sobie aby jaj ze mnie nie robi. W końcu jednak wyciągnąłem rękę. Olivander pomacał mnie przez chwilę, mrucząc coś do siebie pod nosem i marszcząc brwi. W końcu się odsunął, ogarniając półki wzrokiem maniaka. Ten to lubi pały, skubaniec.
-Spróbujmy z tym -wcisnął mi w dłoń krótki kawałek drewna. -Akacja i włos z ogona jednorożca. Dziewięć cali, dość giętka. Idealna jeśli chodzi o wzmocnienie energii magicznej.
Coś w jego głosie mi się nie spodobało.
Zacisnąłem palce na drewnie i machnąłem różdżką.
Nic.
Olivander zmarszczył brwi.
-No, no... -znowu się obrócił. -To może dąb i włókno ze smoczego serca..?
To także okazało się nie wypałem.
Starzec podawał mi coraz to kolejne badyle, a ja coraz rozpaczliwiej machałem ręką. Nic. Ani jednej iskry. W końcu zerknął zrezygnowany na Ozza.
-Obawiam się, że syn będzie musiał zamówić specjalny zestaw dla charłaków -mruknął posępnie.
Feluś tylko zachichotał.
-To nie syn tylko szef, psze pana. I zapewniam, że nie jest charłakiem.
Olivander zacmokał.
-Daje pan mojemu szefowi same słabe różdżki -Ozz wciąż się uśmiechał, ale w jego oczach zajaśniał złoty błysk. Starzec aż się wzdrygnął. -Czy ma pan tu może coś odpowiedniego dla najlepszego czarodzieja wszech czasów?
Rzuciłem błaznowi gniewne spojrzenie. Kpił ze mnie odkąd dowiedział się, że zamierzam założyć swój własny gang. Ale ta jego iście lwia aura długoletniego animaga najwyraźniej wywarła spore wrażenie na właścicielu sklepu, bo nie ociągając się, sięgnął pod ladę. Po chwili wciągnął dwa zakurzone pudełeczka.
-Dość niezwykłe różdżki, przyznam -mruknął, zdejmując wieczka.
W pierwszym opakowaniu znajdowała się prosta, jasna różdżka. Zdawała się wręcz emanować własnym światłem. Chwilę spoglądałem na nią, jak zahipnotyzowany. A potem sięgnąłem i wydobyłem z pudełka.
Tę drugą różdżkę.
Nim ktokolwiek ośmieliłby się mnie powstrzymać, machnąłem ręką. Jasna różdżka uniosła się w górę i zaczęła obracać. Olivander gapił się na to, z lekko otwartymi ustami. Po chwili przeniósł wzrok na trzymany przeze mnie badyl.
-Heban i włos z ogona testrala. Nieprzeciętnie długa, aż piętnaście cali. Sztywna i twarda.
Ozz parsknął śmiechem. Starzec obrzucił go karcącym spojrzeniem.
-To różdżka idealna do czarnej magii, proszę pana. Bardzo potężna.
-Tak, tak. I pewnie dlatego jest taka droga, co?
Wpatrywałem się w swoją nową różdżkę z mieszaniną radości i niepokoju. Czarna Magia, tak? Można i tak..


-Można i tak -Raphael wzruszył ramionami. -Ale nie wiem, czy grzebanie w przeszłości rodziny jest najlepszym sposobem na poderwanie koleżanki z klasy.
Poczułem jak na poliki wstępują mi rumieńce.
-Japa zero, pedale -warknąłem. -Nie proszę cię o przysługę, tylko każę ci zdobyć informacje.
-Szef każe, sługa musi -zanucił Ozz, przechadzając się po korytarzu.
-Alex, pierwsza miłość to trudna sprawa, ja wiem, ale...
-Której części słowa "rozkaz" ty nie kumasz, troglodyto?
Raph westchnął, przeczesując kasztanowe włosy dłonią. Słowik rzucił mu rozbawione spojrzenie i wzruszył ramionami.
-Dobra już, dobra -westchnął w końcu. -To o kim mam się dowiedzieć?
-Angelika de Grimm-burknąłem, odwracając wzrok.-Ale bardziej mi zależy na jej ojcu, Morganie Tonks i matce Annie de Grimm.
Raph wyszczerzył się.
-A! Chcesz sprawdzić przyszłych teściów, coby się wbić w ich łaski?
-Nosz, kurwa! Po prostu mi ich sprawdź! -teraz to już promieniowałem gorącem. Wstałem szybko. -Chcę wiedzieć, czy Morgan wyjeżdżał kiedykolwiek do Francji.
Nie czekając na odpowiedź wylazłem z pokoju.

To Ozz przylazł do mnie kilka dni później z gotowymi papierami. I papierosem w gębie.
-Sprawdziłem te papiery od Raphaela -mruknął, siadając na fotelu.
-No i? -natychmiast się wyprostowałem, odkładając książkę.
-Ta twoja koleżanka ma nazwisko po matce, nie? -mężczyzna otworzył teczkę. -To wszystko dlatego, że jest owocem namiętnego romansu jej matki. Annie skorzystała, że jej mąż wyjechał do Francji na parę tygodni. Niezła była awantura, gdy wszystko wyszło na jaw. Sąsiedzi przysięgają, że w powietrzu latały talerze -rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie. -W każdym razie, dziwne jest to, że w rodzinie Annie nigdy nie było czarodzieja. Ta twoja Angie musiałaby mieć krew po ojcu, ale tego z kolei nie idzie odnaleźć.
-Wcale nie trzeba go szukać. Tonks jest jej biologicznym ojcem.
Feliks uniósł oczy znad papierów i zerknął na mnie poważnie.
-Tak też pomyślałem. Ale dlaczego w takim razie wymyślili ten romans?
Zastanowiłem się chwilę, czy na pewno chcę o tym wszystkim mu opowiadać? Ale krew za szybko buzowała mi w żyłach. Teraz już wszystko wiedziałem. Teraz znałem już prawdę.
-To Morgan Tonks miał romans, nie Annie -mruknąłem. Ozz zmarszczył brwi.
-Dlaczego więc zwalili wszystko na nią?
-Żeby jak najbardziej odwrócić uwagę od biologicznej matki Angie. Skoro zrobiono wielką awanturę o zdradę Annie, nikt nie pomyślałby że to Tonks tak naprawdę zdradził.
-Kto więc jest jej biologiczną matką?
-Francja.
Ozz wywrócił oczami.
-Tak, Francja. Taki kraj. Dość ładny. Wino, artyści i kawiarenki.
-Jezuuuuuu, kretynie! Pomyśl trochę!
-Jezu, synek. Nie wzywaj mi Bogów w moim domu, bo jeszcze jakiś faktycznie przyjdzie i się zgorszy.
-Wypierdoli się o worki ze śmieciami w korytarzu -burknąłem.
-Dobra, dobra. Co z tą Francją?
-Morgan wyjechał do Paryża dwanaście lat temu, w lutym. Spędził tam dwa tygodnie, po czym wrócił do żony. Po siedmiu miesiącach, w sierpniu, znowu wybrał się do Francji, ale tym razem zatrzymał się na obrzeżach Paryża, aż na dwa miesiące. Co ważniejsze, towarzyszyła mu żona.
-Wrócili razem z niemowlakiem -przeczytał Ozz na głos. Zerknął na mnie. -Czytałeś to, czy zgadujesz?
-Myślę -wytknąłem mu język.
-Okay... -Felek nadął policzki. Trwał tak chwilę, a w końcu odetchnął głęboko. -Dobra. Nie wiem. Kto jest jej matką?
-Wystarczy zerknąć do gazet z tamtego roku -wzruszyłem ramionami, usatysfakcjonowany. -Kto był na językach wszystkich, jeszcze trzynaście lat temu?
-Madame Avatar -Ozz uśmichnął się lekko. -Byłem wtedy jeszcze dzieciakiem, ale,cholera, ona była prawie jak superbohaterka, nie?
-Dokładniej to super złodziejką. Okradała bogatych mugoli za pomocą magii i nikt nie był w stanie jej złapać. Przy okazji naraziła się i Ministerstwu i większym gangom. Dlatego oddała córkę; bała się, że stanie się celem dla jej wrogów.
Feluś zasępił się, wyciągając papierosy.
-Piękna historia, nie ma co -mruknął. -Matka oddaje nowo narodzoną córkę by ją ochronić. Ojciec rozstaje się z ukochaną i rzuca fałszywe oskarżenie na żonę, a wszystko po to, by chronić swoje dziecko. Idealnie. Tylko, że jest w tym jeden szkopuł. Ty.
Włożyłem wszystkie siły, by nie drgnął mi żaden mięsień. Nie mogłem pokazać słabości. Nie teraz.
-Każdy wie, że Madame Avatar była w ciąży -kontynuował Ozz. W jego głosie nie było kpiny, ani satysfakcji. -Większość wie nawet, że przez trzy lata wychowywała dziecko. Aurorzy znaleźli ich na przedmieściach, zabrali dziecko do bidula, a matkę postawili przed Wizengamotem i skazali na Azkaban. Tam zmarła. Pozostawiła ci po sobie tylko nazwisko, nie? Regardens.
Nie odpowiedziałem. Nie bardzo wiedziałem co mam powiedzieć. Przecież to było oczywiste, a on mówił to takim tonem, jak gdyby było w tym coś okrutnego.
-Skoro tak kochała swoje dziecko, że oddała je by chronić -Ozz potarł usta z roztargnieniem. -To czemu, do cholery, ciebie zostawiła, Alex?
-Z tego samego powodu, dla którego de Grimm wmówiła sąsiadom, że miała romans -wzruszyłem ramionami. -By chronić Angelikę.
-Czyli cię po prostu wystawiła?
-Jezu, Ozz, nie rób takiej miny! -zrugałem go. -Madame ukryła istnienie syna przed kochankiem, bo dzieciak był chorowity, mizerny. Najpewniej myślała, że niedługo pożyję, a przecież musiała coś pokazać ludziom, którzy widzieli ją w ciąży. Tak samo de Grimm; do Francji wyjechała niby w szóstym miesiącu ciąży, można było wmówić sąsiadom, że brzuch był dość niewielki, że go ukrywała. Ale przecież, gdyby miała mieć bliźnięta, jej brzuch na pewno byłby większy, nawet głupi mugol to wie.
-Czyli Tonks nie wie, że jesteś jego synem?
-Nie -odwróciłem wzrok.
-A ta twoja Angie... -Ozz po raz kolejny sięgnął po papierosa. -Lubisz ją, nie?
-Teraz to już nie ważne -skrzywiłem się. -Muszę coś załatwić, idź sobie.
-Synek.. -Feliks wstał, drapiąc się w brodę. -Jakbyś chciał pogadać, czy coś..
-Jezu, weź spierdalaj, zboczeńcu! I zamknij za sobą drzwi!

-Zamknij za sobą drzwi -Lenora zerknęła na mnie znad książki i uśmiechnęła się ciepło. -W czym ci mogę pomóc, Alex?
-Potrzebuję... elixiru -mruknąłem cicho.
Odłożyła książkę z szerokim uśmiechem.
-Nie ma sprawy, kochanie! Powiedz tylko, jakiego?
-Na...miłość...
Się zaczęło. Ruda omal na miejscu zawału nie dostała, a po chwili zaczęła skakać wokół, jednocześnie rugając mnie za próbę zdobycia miłości przekrętem i rozpływając się nad zaletami pierwszej miłości. Ledwo zdołałem ją przekrzyczeć.
-Chcę się odkochać, nie zakochać!!!
Zdębiała.
-Ale.. jak to?
Baby.
-Po prostu -sarknąłem. -Daj mi jakiś elixir, żeby mi te jebane motyle z brzucha wyleciały, albo zrobię to po swojemu. A jak mówię, że po swojemu, to strzelba, trutka i ogniem, i mieczem.
-Ale... miłość jest piękna.
-No, to się baw świetnie, ja z tej karuzeli wysiadam. Daj mi ten eliksir.
Wahała się jeszcze. Westchnąłem cierpiętniczo. Czy ja zawsze muszę grozić tym debilom?
-Słuchaj, kobieto, podaj mi odtrutkę, na tę jakże zajebistą, śmiertelną chorobę -powiedziałem wolno i wyraźnie. -Albo włamię się tutaj w nocy, zwiążę cię i wleję ci do gardła wszystkie eliksiry, które znajdę w pokoju.
Zamrugała.
-Wiesz, jak to przerażająco brzmi w ustach dwunastolatka? -zapytała powoli, z jawnym niepokojem.
Wiem, sprawdziłem.
-Alex.. -kobieta spojrzała na mnie z troską. -Dlaczego chcesz się w kimś odkochać? Pierwsza miłość jest trudna, ale naprawdę warto przez nią przebrnąć..
Dlaczego? Bo jest moją siostrą. Bo to byłoby dla niej niebezpieczne. Bo ja to ja. Nigdy nie zdołałbym się do niej zbliżyć. W końcu krzywdzę nawet tych, którzy są mi najbliżsi.
-Po prostu mi daj.
Musiała coś ujrzeć w moich oczach, bo po krótkim wahaniu zaczęła grzebać w pułkach. Po chwili podała mi flakonik.
-Nie ręczę, że się uda..


-Nie ręczę, że się uda -kurator zerknął na Ozza ze współczuciem. -Ale to nasza jedyna szansa. Mogą panu go odebrać!
Dwóch rosłych policjantów podtrzymywało mnie za ramiona. Nie mogłem się wyrwać, choć szarpałem i wyłem. Felix i reszta rodziny stała parę metrów dalej z ponurymi minami. Kurator stał między nami, powstrzymując ich od interwencji. Skazę też trzymali. Musieli przydusić go do ziemi, bo powalił już dwóch gliniarzy.
-Nic nie zrobiłeeeeeem! -ryknąłem, usiłując ugryźć policjanta z mojej prawej.
Muszę iść do Skazy.
Puśćcie mnie!!!!
-Mówił pan, że kto inny zaatakował tamtą dziewczynę? -Ozz spojrzał wściekły na inspektora. -Alex jest niewinny. Czego więc jeszcze chcecie, do jasnej cholery?
-Niech pan zważa na słowa -zimno upomniał go siwowłosy mężczyzna. -To prawda, że pan Aleksander nie zaatakował tamtej dziewczyny, jednak w trakcie śledztwa doszliśmy do pewnych niepokojących zapisków.
Zerknął na mnie ze wstrętem.
-Ten chłopiec ma stwierdzone skrzywienia psychiczne, prawda? Wiedział pan, że ma skłonności do przemocy?
-To chyba jasne, jestem jego opiekunem -groźne, złote błyski, pojawiły się w oczach Ozza.
-A więc nie zaprzeczy Pan, że w tym domu dochodziło do aktów przemocy?
-Alex nikogo tutaj nie krzywdzi!! -Słowik potrząsnął swoimi złotymi lokami.
Powiedział ten, którego wyjebałem przez okno.
-To jest choroba, panie inspektorze. Pracujemy nad tym.
-Ach, tak? Z tego, co powiedział mi kurator, Alex wcale nie dąży do poprawy. Wręcz przeciwnie, z biegiem lat coraz częściej można było zarejestrować, iż znęca się nad jednym z pana wychowanków.
Ozz zerknął na kuratora.
-Zwalniam cię.
-A-ale ja u pana nie pracuję...
-No, od teraz to już na pewno nie.
Inspektor pokiwał tylko głową i podszedł do Skazy.
Odejdź, fiucie. Nie waż się go tknąć. On należy do mnie.
-Powiedz mi, mój drogi, -zaczął łagodnie. -Czy Alex sprawiał ci ból?
Skaza uniósł głowę i zerknął na niego ze spokojem.
-Mam analgezję, mój drogi, nie autyzm -mruknął, tym swoim głębokim głosem. -Primo, niech pan mnie nie traktuję jak idiotę. Secundo, jakby pan nie wiedział czym jest Analgezja, to już tłumaczę: to choroba odpowiadająca za to, że ja nie czuję bólu.
Widziałem jego błękitne oczy, wbijające się w inspektora jak noże w gnijące ciało. Nóż. Przydałby się.
-Ach, no i tertio -Skaza uniósł się nieco wyżej, tak, że trzymający go policjanci musieli się niemal na nim położyć, by uniemożliwić mu wstanie. -Skrzywdzi pan Alexa, to pana zabiję. Powoli i boleśnie.
Inspektor cofnął się z otwartą gębą. Po chwili obrócił się ze wstrętem.
-Mamy nakaz -rzucił Ozzowi jakiś papierek. -Sąd zdecyduje, czy ten chłopiec nie wymaga specjalistycznej opieki.
Spojrzał na mnie.
-Zabrać go.

Najgorszą z możliwości, jest zamknięcie psychopaty w karcerze. Serio, kto to wymyślił? W ciemności i wilgoci nie ma dla nas żadnej nadziei. Zapadamy się w sobie, giniemy. Szare komórki wybuchają nam w głowie jedna po drugiej, zamieniając ciało w śliniącą się roślinę. A jedynym towarzyszem są głosy w głowie.
Ale moje głosy należały do mnie. Niech spierdala ufo, duchy i cała reszta tałatajstwa. Niech spierdala mój cień, moje paznokcie wbijające się w kamień. Nie mogłem tu siedzieć. Nie mogłem tu szaleć.
Musiałem wyjść.
Był sierpień, za niedługo czekał mnie czwarty rok nauki. Musiałem iść do szkoły, do Angie i Al'a. No i do Maxa, bo kto go ogarnie, jak nie ja? No i Ana, Phill, Maria, Ola, Sinha, Boro, Ororo, Ken... i cała reszta tych, którzy dla mnie pracowali. Muszę się wydostać, żeby przeczytać ich listy. Muszę dalej iść w kierunku swojego marzenia. Bo zbyt wiele osób we mnie wierzy, nie?
Rany, co za debile.

-Rany, co za debile.. -wytarłem krew z kącika ust.
Lucjusz stał przede mną w całej swojej irytującej okazałości, ściskając w dłoni elegancką różdżkę. Włosy miał roztrzepane, ale uśmiechał się z satysfakcją.
-Coś ta twoja różdżka trochę nie chodzi, co, Regardens?
Wywróciłem oczami. Nie, no, błagam. Zaraz frajerowi buźkę oklepię przy samym wejściu do Wielkiej Sali. Uczniowie już tłoczyli się w holu, zerkając jak ten pierdolnięty samobójca mierzy do mnie z mojej własnej różdżki. Ta, kurwa, bo się załamię.
-Chciałeś czegoś konkretnego, Malfoy? -rzuciłem Angie i Lu zirytowane spojrzenie. Stali grzecznie z boku, ale pewnie tylko szukali okazji żeby się wtrącić. -Jak nie to buzi i spierdalaj.
-Po prostu mam cię dość, panie największy magu wszech czasów! -rzucił kpiąco, a tłum wokół zachichotał.
-Spójrz na siebie, ty pierdolony bohaterze -zbliżył twarz do mojej, wyraźnie ucieszony. -Jesteś żałosny. I ty chcesz walczyć z Czarnym Panem? Śmieszne. Jesteś tylko zwykłym robakiem, Regardens. Nawet rodzice cię nie chcieli.
-Malfoy, ty...! -zaczęła Angie, ale przerwał jej okropny huk.
Lucjanek poleciał ładne parę metrów w tył i wbił się tyłem na jedną z kolumn. Rozejrzałem się wściekły. Przecież zabroniłem interweniować!
-Nikt nie będzie obrażać Pana!
Rumo stał przy wejściu do Wielkiej Sali i wyglądał imponująco. I dość dziwnie. Westchnąłem cierpiętniczo. Co za kretyn. Poczciwy i posłuszny, ale nadal kretyn. Z drugiej strony holu rozległy się kroki. To nauczyciele wreszcie zajarzyli, że coś się dzieje. Zaprawdę, szybcy byli.
-TY MAŁY..!
Obróciłem się gwałtownie. Malfoy wstał z ziemi z taką żądzą mordu na ryju, jakiej jeszcze u niego nie widziałem. Skierował różdżkę w stronę Rumo i wypalił zaklęcie.
Rumo to skrzat, mógłby zniknąć. Był szybki i odważny. Ale nie zauważył zaklęcia, bo jedynym okiem akurat zerkał na nauczycieli. Nie mógł uskoczyć. Nie mógł zniknąć.
Rzuciłem się w jego stronę.
Pierwsza krzyknęła Angie. Nie brzmiało to jakoś ładnie, filmowo. Był to zwykły, piskliwy wrzask, przerażonej panny. Potem popisało się parę innych osób, ktoś zaklął, a reszta ograniczyła się do przeciągłego "oooo". Na koniec zapanowała cisza, przerywana tylko cichym szumem zaklęcia.
Rumo wlepił we mnie swoje jedyne, ogromne oko.
-Panicz Alex..
Potem przeniósł spojrzenie na tarczę.
Ogromna, majestatyczna, błyskająca na niebiesko, niczym guziki w Star Treku, unosiła się przed nami, falując lekko. Wyprostowałem się i poprawiłem bransoletkę. Niebieski strumień światła wypływał wprost z niej, owijając się wokół mojej dłoni i rozchodząc na boki.
Ludzie stali wokół z otwartymi gębami. Malfoy również, paręnaście metrów dalej, pod kolumną, z którą już zaliczył bliższy stosunek. Strzepnąłem dłoń.
Jak szaleć to szaleć, już i tak za późno na odwrót.
Tarcza rozpłynęła się w jednej chwili. Skupiłem myśli na nowym zaklęciu.
-Patrz i ucz się, Malfoy -mruknąłem miękko.
Tym razem zatrzeszczało i w jednej chwili w mojej dłoni pojawiła się kula błyskawic. Kilka osób znowu krzyknęło. Malfoy zbladł.
-Wystarczy!!!
No, tak, dziadzio.
Opuściłem dłoń, a pioruny zniknęły. Dyrektor przebił się przez tłum dzieciaków i stanął pomiędzy mną a Lucusiem, który miał minę, jakby się zlał w portki.
-Panie Malfoy proszę się natychmiast udać do gabinetu profesora Slughorna -dziadzio skinął na Ślimaka poważnie. Potem zerknął na Rumo. Skrzat zniknął błyskawicznie. No, jasne. Zostaw swego pana samego, niech zbiera baty, bo cię ratował. -Panie Regardens, proszę ze mną.

Zebraliśmy się w jakiejś pustej klasie. McGonagall, Flitwick i Dumbledore . No i ja, nieszczęśnik.
-Coś się stało, panie dyrektorze? -zapytałem niewinnie. -Jeśli to potrzebne to mam świadków, którzy potwierdzą, że to Malfoy mnie zaatakował.
Dyrcio wyczarował sobie fotel i usiadł za biurkiem jakby był u siebie.
Cóż, poniekąd był.
-Alexie, czy mógłbyś pokazać nam swoją bransoletkę? -spytał spokojnie.
Wiedziałem, że do tego dojdzie. Odpiąłem ozdobę i położyłem na biurku.
-Proszę bardzo.
Flitwick natychmiast przyskoczył do biurka i zaczął badać drewno paluchami.
-Niesamowite, niesamowite -mruczał co chwila. -To jest niesamowite!
-Jeśli mogę wiedzieć, skąd to masz? -dyrektor nie spuszczał ze mnie wzroku.
Uśmiechnąłem się.
-Moja produkcja. Pracowałem nad nią od kilku lat.
-TY to zrobiłeś?! -Flitwick i McGonagall wymienili spojrzenia.
Skinąłem głową.
-Wpadłem na pomysł bransoletki, gdy dołączyłem do klubu pojedynków -poinformowałem ich łaskawie. -Głównym zaklęciem ataku jest zawsze Expeliarmus, które wytrąca różdżkę z ręki przeciwnika. Zastanawiałem się, jak można to obejść, jednocześnie nie umniejszając mocy samej różdżki.
Dziadzio wpatrywał się we mnie w milczeniu, z lekkim uśmiechem na ustach.
-Mów dalej! -zachęcił mnie Flitwick. -Jak to działa?!
-Bransoletka zbudowana jest z hebanu, dość potężnego, jeśli chodzi o zaklęcia obrony i ataku -wskazałem na drewno. -Te trzy wypustki to fragmenty mojej starej różdżki. Standardowe różdżki mają od pięciu do piętnastu cali. Moja miała piętnaście, więc starczyło jej fragmentów na trzy pomniejsze.
-Połamałeś różdżkę, by uzyskać trzy inne? -McGonagall zmarszczyła brwi, ale w jej oczach dostrzegłem cień zafascynowania.
-Oczywiście, nie sam. Najpierw zdobyłem potrzebne informacje, czy taki proces jest w ogóle możliwy. Potem skontaktowałem się z producentem różdżek z Egiptu, panem Suahilem, który jest znany ze swoich ekscentrycznych badań.
-Rozmawiałeś z Suahilem?! -Flitwick wyglądał, jakby miał mieć publiczny orgazm.
-Nie osobiście. Mój przyjaciel pracuje dla Ministerstwa, w Egipcie. To z jego pomocą udało mi się namówić pana Suahiliego do współpracy.
Groźbami, znaczy się.
Skaza jak chciał to potrafił być przerażający.
-Dzięki jego pomocy udało nam się rozszczepić moją różdżkę na trzy pomniejsze, tylko w niewielkim stopniu umniejszając jej możliwości -kontynuowałem spokojnie. -Następnie przytwierdziliśmy fragmenty różdżki do hebanowej bransolety i opletliśmy całość włosami z ogona testrala..
-Nieprawdopodobne....
-..i nałożyliśmy kolejną warstwę drewna, na których osobiście wyryłem specjalne runy.
-Runy..? -Flitwick przyjrzał się znakom na bransoletce. Szybko wyciągnąłem dłoń i zakryłem ją.
-Pan wybaczy, profesorze. Ale wolałbym nie wyjawiać wszystkich tajemnic swojej produkcji.
-To.. oczywiste, tak, tak. Ale powiedz mi jeszcze tylko; jak udaje ci się rzucać zaklęcia ze zwykłej różdżki, gdy masz na ręku bransoletkę?
-To również sprawka run -odebrałem mu swoją biżu i wskazałem na zapięcie. -Mam tu runę łączącą wszystkie inne. Gdy nie chcę korzystać z bransoletki, obracam zapięcie, przerywając strumień run.
-Fascynujące. Toż to robota geniuszu, prawdziwego geniuszu.
Uśmiechnąłem się, mile połechtany, a potem spojrzałem na dyrektora. Wciąż mi się przyglądał. Wciąż miał ten kretyński uśmiech na ustach.
Powiedz mi, Dumbi-Bambi, o wielki i potężny dyrektorze, czy kiedykolwiek zamykali cię w izolatce? Czy głodowałeś? Czy wiesz co to znaczy samotność? Jak to jest dorastać w biednej, udawanej rodzinie? Czy wiesz jakie to uczucie, gdy oni za tobą idą? Twoja rodzina, przyjaciele? Gdy umierają, do końca wierząc w to, że kiedyś osiągniesz cel?
Czy wiesz jak to jest być szaleńcem?
-Myślę, że to wystarczy.

Myślę, że to wystarczy.
Tak, tak, to już koniec. To tyle jeśli chodzi o Alexa. Właściwie jest tego dużo więcej, ale nie chcę odkrywać wszystkiego w jednym poście. Już niedługo zresztą przekonacie się, co potrafi nasz białasek. No i Skaza. Oj, niedługo obaj zwojują Hogwart.
A póki co, chcę wam podziękować. I wiem, że takie "dziękuję" to prawie nic nie znaczy. Ale nie wiem, jak inaczej mam wyrazić, to co czuję, gdy wiem, że ktoś czyta moje wypociny. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję.
Czasami są takie momenty, gdy powątpiewam. Myślę sobie wtedy, że to niepotrzebne, że i tak nikt nie zauważy, jeśli usunę bloga. Ale potem dostaje taki mail, czy komentarz do postu i niemal płaczę ze szczęścia, że jednak oto są.
Hermiona, Joanna, Magda, Kasia.
Jesteście moimi superbohaterkami :)
Bardzo wam dziękuję, że tak aktywnie komentujecie!

Alex też dziękuje :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Listy do Alexa

W niedzielę dostałam na pocztę kolejną pracę :) Jest to rysunek Alexa wykonany przez dwunastoletnią Kasię. Jednak nie o pracy chcę wam tu ględzić. Bardziej ucieszył mnie list, który był do pracy dołączony. Oto i on:

Drogi Alexie!
Ostatnio napisałeś na blogu, że jak ktoś chce z tobą porozmawiać to może napisać. Bardzo Cię lubię i innych Szajbusów też więc wysyłam do ciebie sowę :)
Mam na imie Kasia i mam już dwanaście lat. Czytam Wasz blog przez całe wakcje. Trochę szkoda, że tak żadko dodajecie posty, ale to nic. W końcu Ty też masz teraz wakacje, nie? Bardzo lubię Angie i Lu bo są naprawdę fajni! Powiedz, czy oni będą razem? Angie pisała coś, że się w tobie kocha, ale to chyba nieprawda, no nie? Bardzo bym chciała żeby była z Luką.
Ja bardzo lubię Harry'ego Pottera i chciałabym być w Hogwarcie, ale póki co żadna sowa do mnie nie przyleciała :( Szkoda bo tak to dalej muszę uczyć się matematyki, a bardzo jej nie lubię.
Wysyłam Ci też moją pracę na konkurs. Nie bardzo umiem rysować ale chciałabym wygrać koszulkę. Pewnie będzie naprawdę fajna! Już się nie mogę doczekać aż będzie rozstrzygnięcie konkursu! To już tylko kilka dni, tak?
Bardzo, bardzo Cię ściskam i resztę Szajbusów też!
Kasia

Alex to zasrana wredota, ale przecież nie mógł nie odpisać! :

Droga Kasiu!
Że tak powiem nieelegancko, bardzo cieszę się z twojego ptaka. Sowy. Listu. Tego, że napisałaś.
Powinienem pewnie powiedzieć, że jesteś jeszcze młoda, a wręcz zbyt młoda na czytanie moich niebanalnych wypowiedzi, ale z natury wiem, że gimnazjaliści i reszta tałatajstwa mają bogatszy zasób polskiego słownictwa do spraw krytycznych ode mnie. 
Pozatem, mój najmłodszy agent ma osiem lat a i tak dla mnie pracuje i szpieguje swego ojca, Ministra Magii w Indiach. Tak więc, złotko, jakbyś szukała roboty to napisz, na pewno znajdę kogoś, koło kogo należy się nieco zakręcić.
Co do mojej zasranej wampirzycy: tak, niby twierdzi, że mnie kocha, ale, ludzie, ona chodziła z Edkiem ze Zmierzchu! Ta głupia laska pewnie dalej kocha się w żabojadzie, tylko udaje. Miłość jest do dupy. Nie wiem, czy będą ze sobą i mówiąc szczerze, mało mnie to obchodzi. Skupiam się raczej, żeby utrzymać ich przy życiu, bo debile sami się proszą o kłopoty.
Hogwart jest bardziej dupny niż myślisz. Przynajmniej póki mnie tam nie ma. Trzeba się uczyć i pisać eseje. Piórem, słoneczko, piórem. Idź, oskub jakąś kurę i zobacz jakie to irytujące. Długopisem idzie napisać dwa razy szybciej ale to przecież Hogwart -tego nie ogarniesz. W Wielkiej Sali jest cholernie głośno, wosk kapie ze świec, czasem pada deszcz. Duchy są zboczone i lubią od czasu do czasu sobie kogoś "przelecieć". Mówię ci, ogólny harmider.
No, ale jak tak chcesz dostać list z Hogwartu, to proszę bardzo. Właśnie wysłałem do ciebie mugolską pocztą najprawdziwszy list z Hogwartu. Wzorowany na tym, który dostałem ja, gdy szedłem do 1 klasy. Pamiętaj, jednak, gdyby cię Ministerstwo przesłuchiwalo -nie znasz mnie, a ja nie znam ciebie.
Dziękuję za uściski,
Alex


Jako, że Kasia podała adres zwrotny (mieszkasz kilka wsi dalej ode mnie, wiesz?), wczoraj wydrukowałam i wysłałam do niej list z Hogwartu, wraz z niespodzianką. Naprawdę poprawiłaś mi humor swoim listem, złotko :)

A dla reszty naszych czytelników, informacja: zostało już tylko kilka dni do zakończenia konkursów. Piszcie prace. Póki co mam dwie prace na logo, jeden rysunek i kilkanaście zapewnień "napiszę, ale muszę coś wymyślić". Ludzie, jeśli tak dalej będziecie myśleć to Hermiona, Joanna i Kasia wygrają główne nagrody walkowerem! I pewnie nie mają nic przeciwko :)
Szykujcie się też, bo na dniach mam zamiar dodać wpis extra, opisujący przeszłość Alexa. Będzie dłuuugi i cholernie ciekawy, zapewniam! Za nowy post możecie podziękować Magdzie Kurek, która zainspirowała mnie na naszym fanpage'u :) Pozdrawiam ją serdecznie!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Zbieramy punkty!!!!

Hej, ludziska! Lubicie Harry'ego Pottera? No to chodźcie do mnie -w Stowarzyszeniu WESZ możemy zbierać punkty dla swoich domów, odpowiadając na dość proste pytania w quizach itp. Zabawa świetna! Chcecie ze mną rywalizować? :) Jestem w Ravenclawie i na was czekam. Zobaczymy, kto wygra!
https://www.facebook.com/skrzatyzniewolone?hc_location=stream
Trzepnięty Wróbel, vel Alex~
Jak już się zgłosicie, to dajcie znać. Znajdę dla was coś specjalnego w nagrodę. W końcu muszę dbać o swoich nielicznych, ale jakże kochanych czytelników!!! :)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

18. Chroń to co masz (Alex)

Aut. Zanim przejdziemy do postu, chcę Was zaprosić do pewnego Eventu. Statystyki mówią, że nasz blog odwiedzany był już 1480 razy. Może to i nie za wiele, ale i tak nas cieszy :) Mamy więc propozycję dla naszych fanow. Gdy wyświetlenia dobiją do dwóch tysięcy, wstawię specjalny post na fanpage'u : https://www.facebook.com/szajbusiblog Jedyne co musicie zrobić, to skomentować ten post, a wtedy otrzymacie od szajbusów specjalny rysunek, wraz z autografami. Może i to niewiele, ale za to każdy dostanie.
Zapraszam też do brania udziału w konkursach: http://szajbusi.blogspot.com/2013/07/konkursy.html . Nagrody czekają, niedługo wstawię tu ich zdjęcia ;) Już teraz możecie podziwiać Angie mojej produkcji ;) Koszulka powinna przyjść niedługo. Dzisiaj rano w skrzynce pocztowej znalazłam dwie pierwsze prace :) Skrzynkę sprawdzam przynajmniej raz dziennie, więc można do mnie pisać cały czas ;) Chcecie sobie pogadać z Alexem? Zapraszam :) alexregardens@gmail.com
To tyle z kwestii organizacyjnych. Pamiętajcie jaka jestem hojna! Każda praca otrzymuje nagrodę! :)
~Alex

Pluszowa Angie czeka na nowego właściciela!

Dzieciakom ze szkoły chyba się nudziło, bo zza okna wciąż dochodziły śmiechy i chichoty. Wiosna przyszła to i jebańce wyszły na zewnątrz, siadając na pieprzonych błoniach i opalając się. Szkoda tylko, że my, a mówiąc my mam na myśli całą piątą klasę, musieliśmy zakuwać do egzaminów. Nauczycielom odwaliło zupełnie. Wszyscy prześcigali się w zadawaniu prac domowych i odpytywaniu. Myślałem, że gorzej być nie może póki nie doszło do rozmów z opiekunami domów na temat przyszłych zawodów.
McGonagall mało nie wyszła z siebie, gdy jej powiedziałem, że w przyszłości mam zamiar zostać przywódcą gangu. Na początek wściekała się, chyba myśląc, że robię sobie z niej jaja. Potem spoważniała.
-A cóż ten "gang" -tu jej brwi sugestywnie skoczyły w górę. -miałby robić, panie Regardens?
Wzruszyłem ramionami, za wszelką cenę starając się ukryć uśmiech.
-Będą walczyć z Voldemortem.
Wyprostowała się.
-Drogi chłopcze, są już instytucje i ludzie, których celem...
-Ma Pani na myśli Ministerstwo Magii? -uśmiechnąłem się z kpiną. -Czy może profesora Dumbledora?
-..jest przeszkodzenie Czarnemu Panu w realizacji jego celów -kobieta nie dała się wyprowadzić z równowagi.
-Właśnie -heh, co to za potyczka słowna? Ta baba nie miała ze mną szans. -Możecie mu poprzeszkadzać, mnie to będzie na rękę.
Wstałem.
-Szanuję Panią -mruknąłem szczerze. -Jest Pani silną kobietą. Szanuję też profesora Dumbledora i resztę tej wesołej gromadki, która według Pani ma pokonać Voldemorta. Mam nadzieję, że wam się uda. Pokonać go, lub chociaż przeżyć. Ale nie wchodźcie mi w drogę.
Chciałem już wyjść, gdy dogoniło mnie ciche westchnienie kobiety.
-Wpiszę ci aurora, Regardens. Tylko mnie już nie denerwuj.
I nie dość że miałem sporo na głowie, już z samymi egzaminami, Flitwick zagroził Luce że z takimi umiejętnościami to on nie ma szans na zdanie jakiegokolwiek egzaminu, który wymaga użycia różdżki. I pewnie blondas miałby to głęboko w dupie, gdyby nie to, że musi dobrze zdać transmutację. Musiałem więc zwiększyć ilość naszych korepetycji do dwóch w tygodniu, żeby głąb mógł cokolwiek zdać.
-Ciągle nosisz tą bransoletkę -Lu usiadł na podłodze, dysząc ciężko.
-I co z tego?
-No, nic... -wzruszył ramionami. -Brzydka jest.
Machnąłem różdżką i kretyn poleciał do tyłu.
Skrzywiłem się, patrząc na badyl.
-Co za kretyństwo.
Lu zachichotał, podnosząc się z trudem.
-Drętwota! -ryknął tak niespodziewanie, że ledwo zdążyłem zablokować.
Zmrużyłem oczy.
-Ta nowa różdżka nie jest tak dobra jak poprzednia, co? -żabojad uśmiechnął się niewinnie.
-Myślałem, że ćwiczymy transmutację? -uniosłem brwi, ale też się uśmiechnąłem.
-Powiedzmy, że to mała rozrywka...
Skoczył nagle w bok, unosząc różdżkę.
-Expeliarmus!
-Protego!
-Riddikulus!
Machnąłem różdżką od niechcenia. Lu biegał naokoło mnie, posyłając zaklęcia niemal na oślep. Nie czekał, by zobaczyć czy trafił, tylko od razu atakował z zupełnie innej strony. Dębowa różdżka parzyła mi dłoń. Faktycznie, stara była lepsza. Ale to nie znaczy, że ten kretyn może sobie pozwalać.
-Avis!
Tego się nie spodziewałem. Nagle w klasie zaroiło się od kanarków. Zakląłem pod nosem i obróciłem się w stronę, w którą powinien pobiec teraz Lu. Przez ogłuszający ćwierkot nie słyszałem nawet jego kroków.
-Mimblewimble!
Odwróciłem się gwałtownie, a zaklęcie świsnęło mi koło ucha.
-AQUAMENTI!! -różdżka może i słaba, ale ja mam dość energii, żeby wywołać silny wytrysk.
Tfu, fontannę.
Wody znaczy się.
No, kurwa!
Żabojad runął na ziemię jak długi.
-Orbis! -ryknąłem jeszcze, tak na wszelki wypadek. Świetliste liny owinęły nogi i korpus francuza, skutecznie unieruchamiając.
Podszedłem spokojnie.
-Co ty, kurwa, odpierdalsz?
Lu zachichotał.
-Sorry. Chciałem skopać ci dupę.
-Debil.
Machnąłem różdżką a liny i te pieprzone ptaszyska zniknęły. Podałem żabojadowi dłoń, pomagając mu wstać.
-A może dowiem się, o co tak naprawdę chodzi?
Lu zasępił się. Podszedł do odsuniętych pod ścianę ławek i opadł na jedną z nich, zdejmując przemoczoną koszulkę. Wyżął ją porządnie, a potem wytarł przemoczone włosy. Chwilę jeszcze siedział w ciszy, a w końcu zerknął na mnie nachmurzony.
-Chcę wiedzieć, czy ją ochronisz.
Uniosłem brew, coby ukazać moje kurewskie zdziwienie.
-Angie. Co ta pseudo wampirzyca ma wspólnego z naszymi korkami?
Skrzywił się.
-Nie mów tak o niej, ona cię kocha.
-Jeszcze nie tak dawno kochała się w gościu wysysającym podpaski.
-To co innego -parsknął na to chłopak.
-Gówno prawda. Czemu niby miałbym ją chronić?
Lu znowu się zasępił.
-Gdy już będziesz u władzy. Gdy będziemy walczyć z Voldemortem. Musisz ją ochronić.
Tu mnie zaskoczył, jebaniec.
-MY? -zdołałem tylko wysapać. No, błagam, co za kretyn!
-Będziemy walczyć po twojej stronie, ty durna pało -Lu wywrócił oczami a potem wyszczerzył się do mnie.
-Nie, nie będziecie -zignorowałem tą jawną zaczepkę. Już dość dostał po dupie.
-Jak to? -nie zdołał ukryć zdziwienia.
-Ale z ciebie gumochłon, debilu -wzniosłem oczy do nieba.
Boże, do nich to trzeba mieć taką cierpliwość.
-Przecież po to chcę zebrać ludzi, by WAS chronić -mruknąłem w końcu. GŁOŚNO I WYRAŹNIE. -Nie będziecie dla mnie walczyć. Niedługo nasze drogi się rozejdą, deklu od pustego słoika.
Gębę miał tak nisko, że mogłem podziwiać wszystkie jego plomby.
-Alex...
-Japa zero, kurwo złota -mruknąłem niecierpliwie. -Myślisz, że siedziałbym tu z tobą cały pieprzony rok, tylko żeby ci w lekcjach pomóc? Chyba ocipiałeś.
Wciąż gapił się na mnie, jak student na kebaba, więc wyjaśniłem łaskawie.
-TY będziesz ją chronił. I paniczyka. No i Maxa. Z nim to najgorzej, bo przez głupotę sam sobie zagraża.
-A co z tobą?
-Jeeeeeeżuuuuu, przecież to już wyjaśniliśmy! Ja będę miał swoich ludzi.
Milczał dłuższą chwilę, najwyraźniej przetrawiając nowe informacje. Obserwowałem go przez jakiś czas.
-Dlaczego ja?
-Bo Pamiętniki z wakacji! -warknąłem zniecierpliwiony. -Myślisz, że w ogóle myślałbym nad zebraniem ludzi, nie potrafiąc zebrać o nich informacji?! Wiem, draniu, do czego jesteś zdolny. Wiem, co stało się w Beauxbatons?
-Skąd ty..? -zbladł nagle.
-Mam swoje kontakty, kretynie.
Znowu chwilę siedzieliśmy w ciszy. Znaczy, on siedział. Ja stałem, żeby móc mu patrzeć prosto w pieprzony, przystojny pysk. W końcu otworzył gębę z miną, która od razu mnie wkurwiła. Zanim więc zdążył się jakkolwiek sprzeciwić, czy postawić, przyjebałem mu prawym sierpowym.
I omal nie ryknąłem z bólu, bo skurwiel ma szczękę jak pierdolony głaz.
-Zamknij japę! -ryknąłem odrobinę za głośno. To naprawdę bolało, do kurwy nędzy! -Spójrz ty na siebie, debilu! Jesteś wysoki, dobrze zbudowany, przystojny..
-Dzięki, stary, ale wolę panienki...
Tym razem go kopnąłem.
-Morda. Znasz się na magii dużo lepiej niż mogłoby się wydawać -wyciągnąłem różdżkę w jego stronę. -Jesteś kimś... kogo powinienem nienawidzić...
Uniósł głowę zdumiony.
-Voldemort? Dumbledore? -skrzywiłem się, nie opuszczając różdżki. -To tylko dwaj debile, jeden z autyzmem, drugi menopauzą. Nie mają z tobą szans. Ja też nie mam.. -odchrząknąłem, wkurwiony. -A wiesz, czemu? Bo jesteś silny, nie musząc poświęcać bliskich. Ja niedługo będę taki jak oni. Będę walczyć w tej świętej trójcy i prawdopodobnie zginę. Ale ty, skurwielu, przeżyjesz. Bo masz do tego talent. Bo masz dla kogo żyć.
-Ty też masz.. -mruknął cicho.
Wzruszające, kurwa.
-Wiem, dlatego mówię, że niedługo nasze drogi się rozejdą.
-Alex..
-Zamknij się! Nie rozumiesz? Cały czas wmawiasz sobie, że stoisz gdzieś obok...
-Jestem tutaj...
-MERYTORYCZNIE, kurwa! Stoisz gdzieś z boku, chowasz się jak kretyn, unikasz uwagi. A tu niespodzianka! Słuchaj uważnie debilu, bo pierwszy i ostatni raz cię informuję.
Spojrzał na mnie zdumiony.
-Tutaj to TY jesteś głównym bohaterem -opuściłem różdżkę i chwyciłem swoją torbę. -Nie ja. Nie Angie. Nie jakiś Voldi, dziadzio czy inny bachor z blizną i trudną przeszłością. To twoja historia.
Zanim zdołał coś powiedzieć obróciłem się i wyszedłem. Jakoś ostatnio często zostawiam za plecami bliskie mi osoby..
-Locomotor Mortis!
-KURWA! -jebłem o ziemię całym ciałem. Obróciłem się szybko, znowu wyciągając różdżkę.
Lu stał kawałek dalej z cwaniackim uśmieszkiem, bawiąc się różdżką.
-Spoko, stary, wierzę -wzruszył ramionami. -Ale skoro to moja historia, jak się wyraziłeś...
Podszedł niespiesznie, a ja dostrzegłem dziwny błysk w jego oczach.
-To wiedz, że i ciebie ochronię.
Zamknąłem oczy, wzdychając ciężko.
-Trzymam za, kurwa, słowo, a teraz zamknij ryj bo mam ochotę cię profilaktycznie zajebać.
Zachichotał tylko, pomagając mi wstać.

Jako, że ostatnio już nikt nie zgłasza się do szajbusów o pomoc, od tej pory posty będą krótsze. Przykro mi. Ale za to mam już cały zarys dwóch następnych więc, powinny pojawić się już niedługo.